Kot w butach – bajka do czytania dla dzieci
17 lutego 2026 16 min czytania

Kot w butach – bajka do czytania dla dzieci

Dawno, dawno temu żył sobie pewien bogaty młynarz. Miał trzech synów i wszystkich kochał szczerze, ale najbardziej najstarszego syna. Nic nie mógł na to poradzić. Gdy już zaniemógł ze starości, czuł się słaby i wiedział, że powoli odchodzi z tego świata, pomyślał, że czas podzielić swój majątek między dzieci. Myślał nad tym wszystkim, kombinował, jak tu rozdać synom zgromadzone przez całe życie bogactwo, wykute ciężką pracą. I nie wiadomo, czy to starość mu zamąciła w głowie, czy zajaśniała jakaś ukryta myśl, ale zebrał swych synów i powiedział do nich tak:

–  Nie mogę podzielić młyna na trzy części, bo wszystko przepadnie. Jakby to niby miało być? Najstarszy by dostał koło młyńskie, średni stalowe kule do rozdrabniania mąki, a najmłodszy? Same worki do przechowywania ziaren? Najstarszy synu, z racji wieku, mądrości i pracowitości dostaniesz młyn. Średni synu – możesz roznosić na ośle wytworzoną przez brata mąkę. A ty, najmłodszy synu, dostaniesz … kota. Kot jest niezbędny w młynie, bo odstrasza lisy i łowi myszy.

Bracia nic nie powiedzieli ojcu, bo go zawsze słuchali. Ale sposób, w jaki podzielił majątek, wydał im się dziwny i niezrozumiały. Najstarszy pobiegł do młyna. Był pracowity, a nade wszystko nie chciał kłócić się z braćmi o spadek po ojcu. Wolał przeczekać ich rozgoryczenie ciężko pracując i nie zawracając sobie nimi głowy. Z urazą w sercu średni syn wziął osła i wyruszył w świat szukać lepszego życia. Nawet się nie obejrzał, ani nie pożegnał z nikim.  A najmłodszy usiadł przed domem, wziął kota na kolana i powiedział do niego:

–  Nie mam już ani ojca, ani domu, ani widoków na przyszłość – bo w świat na kocie nie pojadę. Przyłożył kocią główkę do swojej, przytulił zwierzątko i głaskał jego miękkie futerko.

Ojciec chyba jednak wiedział, co robi, dzieląc spadek na trzy części, z pozoru nierówno i niesprawiedliwie.

– Witaj, mój panie – rzekł nagle kot. – Będę odtąd ci służył, ile mam w głowie rozumu i oddania w sercu – dodał.

Może się zdziwisz, że kot potrafi mówić, ale w czasach, o których ci opowiadam – czasach baśni, mitów i legend – mówiące koty zdarzały się może i rzadko, ale jednak się zdarzały.

Najmłodszy syn poczuł nadzieję w sercu i wdzięczność dla ojca, że mu zapisał w testamencie taki niezwykły dar. 

– Siedzieć na progu domu, w którym już mieszka nowa rodzina, do niczego dobrego cię nie zaprowadzi, mój panie! Pławienie się w smutku – tym bardziej – mówił dalej kot. – Daj mi swoje ubranie, buty – przede wszystkim buty –  no i kapelusz!

– No i wtedy, drogi mój kocie, będę goły jak święty turecki – zaśmiał się chłopak. Ale zaufał kotu i został w samej koszuli. Siedział i słuchał, co kot mówi dalej. A ten już miał cały plan.

– Czas wyruszyć w drogę i zobaczyć, co droga przyniesie – uśmiechnął się znacząco, ale dla naszego bohatera, młodego chłopaka, cała ta sprawa wydała się zupełnie niezrozumiała. Serce mu jednak mówiło, że wszystko będzie dobrze. Zaufał więc kotu i ruszył przez las.

– Idź zawsze gościńcem – rzucił na odchodnym kot.

Młodzieniec więc wyruszył w drogę.

Musisz wiedzieć, że słowa, których używamy, żyją jak ludzie. Są modne i często używane, potem starzeją się i powoli znikają z użycia. Jest wiele takich słów, których już nie rozumiemy, pamiętają o nich starsi ludzie, ale słowa odchodzą wraz z nimi.

– Dlaczego mam iść akurat gościńcem? Przecież to główna droga, a tam łatwo wpaść pod wóz, czy natrafić na zbójców. Czy nie lepiej iść ukrytą w lesie dróżką?

Ale wskazówka kota miała ukryte przesłanie. Bowiem słowo gościniec ma taką ciekawą historię: to nie tylko główna droga, ale i jedzenie, które przywozi w darze gość do domu gospodarzy. Jednak młody chłopak nie pojął tej wskazówki, bo nie znał znaczenia tego słowa. Ale posłusznie szedł główną drogą – królewskim gościńcem. Droga prowadziła wprost do pałacu króla, ale nie wiedział o tym, bo nie wypuścił się jeszcze nigdy tak daleko.

Tymczasem kot upolował bażanty, przechera, wyrwał z kupra po jednym piórze, którym przyozdobił czapkę. Wyglądała bardzo po królewsku. Potem wlazł na drzewo, znalazł srocze gniazdo i wybrał z niego wszystkie kosztowności: drogie kamienie i klejnoty, które sroki – złodziejki kradną, gdy tylko się nadarzy okazja. Buty wyczyścił na glanc i zaczesał zawadiacko wąsy. Upolował zająca, ukatrupił (kocia natura wzięła górę) i włożył do worka, który przemyślnie zwędził ze starego młyna. Pobiegł do królewskiego zamku, przemknął między nogami strażników i stanął przed królem.

– Najjaśniejszy Panie, słynny Markiz de Carabas, przysyła ci w darze tego oto zająca, abyś swą kolację urozmaicił wykwintnym daniem! – złożył u stóp króla worek, skłonił się z gracją, pierś, na której drogie kamienie błyskały, wypiął. Odwrócił się na swych pięknych butach, zwinnie, po kociemu i zanim oniemiały król coś zdążył powiedzieć, czmychnął przez okno.

I tak zwykły kot, który zdążył stać się Kotem w Butach, zdobył sławę na dworze. Codziennie przynosił królowi zające, kuropatwy i króliki, opowiadając o swoim panu – dzielnym Markizie de Carabas. Królewna szczególnie zainteresowała się Markizem. Wypytywała o niego Kota, a ten z przyjemnością, uważnie patrząc jej w oczy, snuł piękne wizje: o urodzie, szczodrości, szlachetności i bogactwach de Carabas. Po kilku tygodniach cały dwór opowiadał już tylko o Kocie w Butach, Markizie de Carabas, a królewna śniła, jak w białej sukni stoi na ślubnym kobiercu z dobrym i pięknym młodzieńcem.

Opowieści mają to do siebie, że każdy dodaje do nich jedno małe ziarenko pochodzące z jego wyobraźni, wspomnień, marzeń. I tak Markiz de Carabas stał się sławnym rycerzem, oddanym królowi, myśliwym, któremu nikt nie dorówna, szlachetnie urodzonym i z wielkim majątkiem. Oczywiście, musisz wiedzieć, że są opowieści utkane z dobrych marzeń i dobrych myśli, ale powstają i takie, które mogą oczernić i przedstawiać ludzi w złym świetle. Ale Kot zadbał, by dworskie fantazje były dobre i przychylne jego panu. Gdy serca królewskiej rodziny i dworzan napełniły się opowieściami, Kot wrócił do swojego pana. Ten siedział na gościńcu, w swej obdartej koszuli, boso (bo przecież dał Kotu swoje buty). Myślisz, że pewnie był zły na Kota, który zabrał mu ubranie i zniknął na tyle tygodni? Ale chłopiec miał w sercu dużo nadziei, zaufania i dobrych myśli. Ucieszył się więc, widząc swojego kociego przyjaciela. Ten jednak od razu przeszedł do rzeczy:

– Za chwilę tą drogą przejeżdżać będzie cała królewska rodzina. Pamiętaj, jesteś Markizem de Carabas! – rzekł do zdumionego chłopca, który nie zdążył zadać mu już żadnego pytania, bo oto usłyszał turkot zbliżającego się powozu. Kot dał susa w krzaki i zniknął. Chłopcu przeszło natomiast przez myśl, że siedzi na kamieniu w samej koszuli, boso i będzie mu wstyd, jak go tak król zobaczy, a nie daj Boże, królewna! Zrzucił koszulę i wskoczył do małego stawu, w którym przed chwilą szczupaka złowił na obiad i jak żaba się zanurzywszy, wystawił tylko głowę.  

– Pomocy! Markiz tonie! Pomocy! – wrzeszczał Kot w Butach, który nagle pojawił się na drodze.

Król wyskoczył z karocy. Chciał dopomóc, bo był dobrym z gruntu człowiekiem, ale i niezmiernie ciekawił go sam Markiz, którego nie widział wcześniej na oczy. Królewna o mało nie wypadła z karocy z ciekawości, ale gdy zobaczyła przystojnego młodzieńca i to bez ubrania, zarumieniła się i zamknęła okienko. Zerkała tylko zza szyby, a policzki jej płonęły – taki piękny był Markiz de Carabas! Jak ze snów! Straże królewskie, stangret i cała służba wyciągnęli młodzieńca z wody, owinęli w królewskie szaty i posadzili w powozie. Widząc jak córka patrzy na młodzieńca i dostrzegając miłość w jej oczach,  królowa – matka odezwała się:

– Czy chciałabyś, droga córko, takiego męża, jak ten oto przystojny, młody człowiek? – zapytała bez ogródek. Powiedziała to patrząc wnikliwie na chłopca. I dostrzegła w jego oczach taki sam zachwyt i miłość, gdy patrzył na jej córkę.

– Tak – szepnęła królewna. Młodzi spoglądali na siebie,  jakby świat wokół nich zniknął. Ale Kot w Butach, który już zdążył się usadowić w karecie, myślał gorączkowo, co tu robić dalej.

– Przepraszam Państwa – rzekł nagle dwornie do króla i królowej – muszę uprzedzić poddanych Markiza o wypadku. I wyskoczył z karety.

Pobiegł szybko w kierunku pola, na którym pracowali chłopi. Porozdawał im biżuterię, szlachetnie kamienie i wszystkie kosztowności, które zwędził srokom z gniazd. Szeptał też im przy tym do ucha różne rzeczy, a oni kiwali głowami i śmiali się, jakby to były przednie żarty. Kiedy powóz królewski przejeżdżał tamtędy, chłopi wykrzykiwali gromko:

– Zdrowie dla Markiza de Carabas, naszego szczodrego i sprawiedliwego pana! Niech wyschnie po wypadku i niech długo i w zdrowiu żyje! – i bardzo się przy tym chichrali, ale ich chichotów nie było słychać z powozu.

Tymczasem Kot w Butach pognał do zamku, do którego nikt się nigdy nie zbliżał, bo mieszkał tam okrutny i zły olbrzym. Zakołatał do drzwi, w których stanął sam pan zamku – wielki i groźny.

– Czego chcesz, głupi kocie? – warknął i oblizał się.

Kot skłonił się przed olbrzymem i zaczął go wychwalać. Mówił o jego potędze, sile i majątku, a także o niezwykłych umiejętnościach.

– Powiadają, że znasz się na czarach – powiedział Kot.

– A znam – wysapał olbrzym.

– I potrafisz przemieniać ludzi i zwierzęta, w co tylko zechcesz? – kontynuował Kot.

– A umiem – olbrzym mlasnął, jakby już zjadł kota razem z kubrakiem i butami.

Kot uśmiechnął się pod wąsem. – No to cię mam, bratku – pomyślał, ale głośno powiedział:

– To musisz być wielkim czarnoksiężnikiem, skoro z łatwością sprawiasz takie czary! – podlizywał się. 

– A największym! – huknął olbrzym.

– I tak, od niechcenia, możesz zamieniać ludzi i zwierzęta w co tam ci do głowy przyjdzie? Nie męczy cię to? – udawał niedowierzanie Kot.

– A nie męczy! – olbrzym łapska miał wielkie i silne, pazurów to chyba nie obcinał od tygodni, ale w mowie to mocarzem nie był, bo zawsze odpowiadał tylko jednym zdaniem, czy nawet słowem. 

– No to pokaż – zmień się, w co tam chcesz – podpuścił go Kot.

I wtedy się zaczęło! 

Kot krzyczał coraz szybciej: – Sowa, lew, słoń, ptak – a olbrzym przemieniał się jak na zawołanie w różne istoty. W głowie mu się już kręciło od tej magii, ale nie mógł przestać chełpić się swoją potęgą.  Na to tylko czekał Kot.

– Mysz – podsunął znienacka.  I cielsko olbrzyma stało się na raz małą myszką. Kot złapał ją w swoje pazury i połknął.

– W ostatniej chwili! – rzekł do siebie, bo już z oddali słyszał stukot królewskiej karocy.

– Najjaśniejszy Panie – skłonił się swoim kapeluszem z bażancim piórem – Markiz de Carabas zaprasza do swojego zamku! – powiedział z uśmiechem i mrugnął okiem do zdumionego chłopca.

I tak młodzieniec odziedziczył zamek złego olbrzyma i poślubił królewską córkę. A wesele było huczne i zjechali się na nie wszyscy poddani. Wśród nich i bracia młodzieńca – który od tej pory stał się Markizem de Carabas. Gdy się rozpoznali, uścisnęli się serdecznie, ucałowali i w ich sercu zagościły radość i spokój, jaki może być między braćmi, kiedy nic nie mąci ich miłości. Markiz i jego żona żyli długo i szczęśliwie, dopóki nie umarli. Ale ich dzieci, wnuki i prawnuki zawsze opiekują się kotami i ta tradycja przechodzi z pokolenia na pokolenie.

Tekst: dr Katarzyna Bocian https://www.przyjemnosc-czytania.pl/

Ilustracja na okładce: Małgorzata Bocian

Ilustracje w tekście: Moritz von Schwind, 1804-1871

Pytania do bajki

Bo otrzymał w spadku tylko kota i wydawało mu się, że nie ma przed sobą żadnej przyszłości.
O ubranie, buty i kapelusz.
To główna droga, ale dawniej oznaczało także dar lub jedzenie przynoszone gospodarzom przez gościa.
Podpuścił go, by przemienił się w mysz, a potem ją złapał i połknął.
Poślubił królewnę, odziedziczył zamek i żył długo i szczęśliwie.

Udostępnij tę bajkę

Facebook Twitter LinkedIn

Nasze najnowsze produkty: