Śpiąca królewna – bajka do czytania dla dzieci
Dawno, dawno temu, za górami, za lasami stał wielki zamek, a w nim mieszkał prawdziwy Król i prawdziwa Królowa. Byli dobrymi władcami, a poddani kochali ich bardzo, bo rządzili sprawiedliwie. Byli młodzi, piękni i bogaci, a do szczęścia brakowało im tylko dziecka. Królowa ze zniecierpliwieniem oczekiwała każdego miesiąca, który miał jej przynieść dobrą wieść. Ale miesiące mijały i żadnych wieści o maleństwie nie było. Para z ukłuciem zazdrości w sercu spoglądała na bawiące się dzieci dworzan i chłopów. Król pocieszał żonę, jak potrafił, ale w głębi duszy także czekał z niecierpliwością, aż będzie tulił w swoich ramionach ukochanego potomka.
Pewnej wiosny, gdy już oboje tracili nadzieję – a tak to bywa, gdy się powoli traci nadzieję i w sercu godzi z tym, że się nigdy nie będzie mieć dziecka – Królowa przybiegła do Króla bardzo przejęta.
– Kochany mój – mówiła – nie wyobrażasz sobie, co mnie dzisiaj spotkało! I opowiedziała, jak to odpoczywając nad strumieniem odbyła dziwną rozmowę z ropuchą. Królowa najpierw przegoniła ją tupiąc nogą – żaba była oślizgła, a jej skrzek nie brzmiał mile dla ucha.
– Kwa, kwa – rzekła ludzkim głosem żaba, jakby nic nie robiąc sobie z tupania. – Mam dla Ciebie dobrą wieść, Królowo. Wkrótce Twoje marzenie się spełni i zostaniesz matką. Powiedziawszy te słowa ropucha zniknęła. – Usiłowałam ją odszukać – opowiadała Królowa –weszłam nawet do strumienia i w pobliskie krzewy, ale po zwierzęciu nie było nawet śladu.
– Może ci się to przyśniło? – rzekł niepewnie Król.
– Może – przyznała jego żona, bo ta opowieść teraz wydała się jej niedorzeczna. – Pewnie zasnęłam odpoczywając.
Ale patrząc na swoje mokre buty i w zamyśleniu wyskubując z sukni źdźbła traw, czuła w sercu co innego. Kolejny księżyc potwierdził żabią przepowiednię. W całym królestwie oczekiwano na narodziny królewskiego dziecka. Przygotowania trwały całe dziewięć miesięcy, aż nadszedł dzień, kiedy wszyscy poddani zobaczyli na rękach króla małą, śliczną dziewczynkę. Spała słodko, nie obudziły jej nawet głośne wiwaty na jej cześć.
– Czas na bal! Oczekują tego poddani! – powiedziała Królowa do swojego małżonka, ale widać było, że pomysł bardzo się jej podoba. – Zaprosimy wszystkich: od pierwszego ministra po prostych poddanych, wszyscy będą się bawić do białego rana i pić toasty za zdrowie królewny – cieszyła się Królowa.
Tak więc kucharze gotowali, ogrodnicy ścinali kwiaty, muzycy robili próby – cały dwór żył wiele dni myśląc o wielkim balu na cześć małej dziewczynki. Królowa wysyłała zaproszenia dla najznamienitszych osób w całym królestwie – chciała pochwalić się długo oczekiwanym dzieckiem. Maleńka była piękna, miała roześmianą buzię, pełne usteczka i wielkie, niebieskie oczy – budziła zachwyt wszystkich. Jakże Królowa była dumna!

Gdy nadszedł wielki dzień, Królowa osobiście witała gości w pałacowych drzwiach, przyjmując dary, komplementy i życzenia. Stała dumna, z dzieckiem na ręku, a obok stał Król i zgodnie z dworską etykietą odpowiadał każdemu. Oboje nie czuli zmęczenia, choć korowód zdawał się nie mieć końca. Najważniejsze były jednak dary dwunastu dobrych i mądrych wróżek. Gdy pojawiły się drzwiach komnaty, umilkły wszystkie głosy. Kolejno składały małej królewnie życzenia, które, jak to u wróżek, muszą się ziścić. Pierwsza ofiarowała jej piękną figurę, Druga – dobre serce, Trzecia obdarzyła ją darem łagodności, Czwarta zapewniła o szczęściu w miłości, Piąta… już nawet nie pamiętam. Gdy Jedenasta czarodziejka obwieściła rodzicom, że ich córka będzie z pewnością bardzo mądra, w drzwiach pojawiła się jeszcze jedna wróżka. Królowa nie zaprosiła jej, bo Trzynasta budziła w jej sercu zawsze niepokój. Była jakby skazą na doskonałości innych czarodziejek. Nie była ani ładna, ani delikatna. Miała brzydką twarz, ale za to potężną moc.
– Nie ma idealnego życia – zaskrzeczała. – Nie da się uniknąć tego, co przynosi ból. Nie zaproszono mnie na przyjęcie, ale ja przychodzę bez zaproszenia, jak wszystko w życiu – krzyknęła. I rzuciła na królewnę śpiącą w kołysce własne zaklęcie:
– Będziesz piękna, młoda i pełna wdzięku. Będą cię wielbić twoi poddani. Ale gdy osiągniesz dorosłość, ukłujesz się wrzecionem i zaśniesz na zawsze.
Zaśmiała się szyderczo, choć w jej śmiechu było dużo smutku, uniosła się lekko w powietrzu i zniknęła. Został po niej na królewskiej posadzce kurz z drogi i trochę suchych liści.
Wszyscy patrzyli na siebie z pobladłymi twarzami. – Zamieść te śmieci! – krzyknęła przerażona Królowa, chcąc usunąć to, co nieodwracalne. Nagle z tłumu wyszła Dwunasta wróżka. W zamyśleniu spojrzała na śpiące dziecko i rzekła:
– Nie mogę zdjąć zaklęcia Trzynastej. Wszystkie obdarzamy tym, co mamy w sobie i co jest ważne w świecie czarodziejek. Ale oto moje zaklęcie, które złagodzi poprzednie. Królewna nie zaśnie na wieki, ale będzie spać sto lat. I wówczas, gdy znajdzie się śmiałek, który zdoła ją obudzić, wróci do prawdziwego życia. Nie wcześniej.
Od tej chwili Król i Królowa nie ustawali w wysiłkach, by uniknąć przeznaczenia. Wyrzucili wszystkich krawców, wszystkie igły, szydełka, nici i agrafki. Chodzili po komnatach i szukali, gdzie stoją wrzeciona i palili je na pałacowym dziedzińcu.
Królowa nie mogła spać. W nocy słyszała stukające wrzeciono.
Wiesz, jak ono działa? Wyobraź sobie, że bierzesz wacik i skręcasz go i skręcasz, aż powstaje kawałek sznureczka. Trudno by było tak kręcić sznureczki w nieskończoność, robota pewnie by cię znudziła już po chwili. Na wrzecionie wystarczy nawijać na ostry patyczek kłębki wełny, a nitka powstaje sama, bo wrzeciono pracuje za nas. Tyr – tyr – tyr – wystukuje swój rytm koło wrzeciona i snuje się nić…
Żyli kiedyś na świecie ludzie, którzy palili książki, bo wydawało im się, że mają władzę nad ludzkimi umysłami i ich losem. Ale tak jak nie da się spalić wszystkich książek, tak nie da się spalić wszystkich wrzecion w królestwie. Król przeoczył jedno z nich, ukryte i zapomniane na samym szczycie wieży, tej samej, w której komnaty miała jego córka. Ale czas mijał i wszyscy żyli nadzieją, że zaklęcie Trzynastej wróżki nie zadziała. Królewna była dobra, łagodna i mądra. Rosła w świecie czarów matki i dobrych wróżek, sług, dworzan i całego zastępu ludzi, dla których była najpiękniejszą i najważniejszą istotą pod słońcem. Dlatego wydawało się przez chwilę, że nic złego nie może się jej przytrafić.
Gdy skończyła osiemnaście lat, Król stał się bardzo niespokojny. Chodził za nią krok w krok, nie spuszczał z oka. Ale królewna poczuła, że dość ma już opiekunek i dwórek, ojca i matki, którzy pilnie jej strzegą. Chciała pozwiedzać zamek sama, otworzyć tajemne komnaty, wytropić zapomniane tajemnice, których w tak starym zamku musiało być naprawdę sporo.
Gdyby matka i ojciec przestrzegli ją przed rzuconym zaklęciem, powiedzieli prawdę o dniu, w którym Trzynasta wróżka stanęła przed jej kołyską, może byłoby inaczej. Ale Królowa surowo zakazała mówić córce o tym zdarzeniu, które, jak sądziła, mogłoby położyć się cieniem na szczęśliwych dniach jej dzieciństwa.
Tak więc umykając przed wszystkimi królewna zwiedzała stare komnaty, czytała zakazane manuskrypty, aż wreszcie stanęła przed niskimi, dębowymi drzwiami. Nie było mowy, aby ktoś tu wchodził. Klucz jakby zapomniany tkwił w zardzewiałym zamku. Królewna obróciła go z trudem. Drzwi skrzypnęły i dziewczyna weszła do starej wieży. Przed nią, w półmroku, siedziała stara kobieta.

– Dzień dobry – ukłoniła się grzecznie królewna. – Co pani robi? – zapytała z rosnącą ciekawością.
– Przędę len – rzekła staruszka. – Każdy ma swoją nić: ta jest dla Królowej, ta dla Króla, a ta – złota – specjalnie dla ciebie.
Królewna podeszła bliżej. Była przekonana, że z tej oto nici powstanie jej piękna, balowa suknia. Miała przecież świętować swoje osiemnaste urodziny.
– Jaka piękna! – szepnęła królewna i gdy tylko dotknęła splotu, ostrze wrzeciona wbiło się jej w palec. Krzyknęła z bólu, który poczuła po raz pierwszy. Kropla krwi spadła na złotą nić…
Żaden z dworskich medyków nie wiedział, dlaczego królewna jest tak słaba. Położyli ją do łóżka, przykryli kołdrami i dali gorącego rosołu. By najmniejszy szmer nie mącił jej odpoczynku, wszyscy na dworze zachowywali się coraz ciszej, aż wreszcie pokładli się po kątach i zasnęli. Zasnął cały dwór, także Król i Królowa. Zasnęły ptaki na drzewach, koty w piwnicach, psy wyrywające sobie smaczną kość. Tykał tylko rytmicznie zegar… A może to był to stukot wrzeciona? Tego już nikt nie widział, bo wszyscy spali zaczarowanym, stuletnim snem.
Zamek popadł w ruinę, zasypywały go jesienne liście, których nikt nie zbierał, zimowe śniegi, których nikt nie odgarniał. Bramy zardzewiały tak, że trudno je było otworzyć, a gęsty żywopłot z cierni i róż oplótł mur i powoli porastał wszystko. Mijały lata, a te, jak wiadomo, potrafią zasypać także i ludzką pamięć. Już tylko nieliczni wspominali, że kiedyś żył tu cały dwór. Legenda mówiła o Śpiącej Królewnie, którą może zbudzić tylko ten, kto się na to odważy. Ale pamięć miesza prawdę ze zmyśleniem i wśród ludzi krążyły opowieści o potworach, smokach i złych wróżkach, które potrafią rzucić zły czar na każdego, kto mury zamku przekroczy.
Wielu śmiałków – zdobywców atakowało zamek, by go sobie siłą podporządkować. Ale ginęli zaplatani w ciernie, spadali z zamkowych wież. Wkrótce nikt nie odważył się podchodzić bliżej. Kolce, które rosły już sto lat, pokryły mur tak gęsto, że wejście do zamku wydawało się niemożliwe.

I wtedy właśnie leśną drogą jechał młody książę. Miał w sercu nie chęć podboju, ale ciekawość świata. Podjechał do muru i powąchał rosnące na nim róże. I nie wiadomo, czy to za sprawą ostatniej wróżki, która rzuciła czar na różane kolce, czy z czystej ciekawości, Królewicz wspiął się na mur. Kolce kłuły go dotkliwie, ale nie zważał na to. Z wysokości zobaczył niezwykły widok: dworzan śpiących na kamiennych ławach na dziedzińcu zamkowym, piękne damy drzemiące w oknach, śpiące psy, które wydawały się walczyć o kość… Po długiej wędrówce po zamkowych komnatach wszedł do jednej z sal. Wokół wielkiego łoża z baldachimem spała piękna królewna. Przy łóżku wsparci na łokciach siedzieli Król i Królowa. Głowy opadły im na piersi – spali bez ruchu. Królewicz podszedł do Śpiącej Królewny i od razu się w niej zakochał. Pocałował ją czule.
– Obudź się, moja kochana, dla mnie! – wyszeptał.
I wtedy nagle usłyszał śpiew ptaków, szczek psów, rumor w zamkowej piwnicy. Wszyscy otworzyli oczy i jakby nigdy nic wrócili do swoich zajęć, które zarzucili sto lat temu.
Królewna otworzyła oczy i uśmiechęła się.
– Czy zechcesz zostać moją żoną? – zapytał Królewicz.
– Tak – odpowiedziała.
Trzymając się za ręce poszli na zamkowy dziedziniec. Ogrodnik zdążył już przyciąć róże, ślusarz naprawić bramę. Stała teraz otwarta szeroko. Z okna kuchni doszedł ich wspaniały zapach rosołu, który zdążył już wystygnąć przez ostatnie sto lat. Doprawiony na nowo smakował wybornie. Królowa i Król patrzyli bez lęku na swoją piękną córkę, która zakochana chodziła za rękę z ukochanym po zamkowych ogrodach.
– Szkoda, że nie obudziliśmy się wcześniej – zażartował Król.
Królowa spojrzała na niego i rzekła ze śmiechem:
– Czasem można sobie uciąć dłuższą drzemkę.

Tekst: Katarzyna Bocian https://www.przyjemnosc-czytania.pl/
Ilustracje: Artur Oppman – ilustracje do książki „Śpiąca królewna”. Publikacja Księgarni Konstantego Trepte Warszawa 1900r.