Lampa Aladyna – bajka do czytania dla dzieci
Dawno, dawno temu w Bagdadzie, wspaniałym wschodnim mieście, żyła pewna wdowa. Mimo, że musiała ciężko pracować, aby utrzymać dom, była szczęśliwa. A to dlatego, że miała syna, którego kochała ponad życie. Nazywał się Aladyn i był naprawdę dobrym dzieckiem. Gdy podrósł, zaczął jej pomagać: chodził zbierać figi i banany, które rosły w oddalonym od miasta gaju i sprzedawał je na targu. Pomagał przy studni czerpać wodę, słowem – zawsze zarobił parę groszy. A że był odpowiedzialnym chłopcem, nie tracił pieniędzy na zakłady, który z kotów pierwszy dopadnie mysz, nie trwonił ich na zaklinaczy węży, gry w kości, czy na inne głupstwa, o które w Bagdadzie łatwo. Oddawał wszystko matce. I tak sobie spokojnie żyli razem.
Gdy pewnego dnia Aladyn pracował na targu nosząc na plecach ciężkie towary kupców, podszedł do niego tajemniczy mężczyzna. Był niezwykle ubrany i dlatego wyróżniał się z tłumu. Miał piękny, szkarłatny płaszcz, turban z wielkim szafirem i długą, czarną brodę. Wyglądał na czarodzieja, który ma wielką moc. Jego głos był ciepły i miły, a słowa, które skierował do Aladyna, wydały się łagodne. Ale nie zawsze to, co brzmi ładnie, jest uczciwe i dobre.
– Młody człowieku, widzę, że ciężko pracujesz. Czy chciałbyś popracować trochę inaczej niż nosząc ciężkie pakunki? – powiedział cicho do Aladyna. – I zarobić srebrnego talara?
– Srebrnego talara?! – wykrzyknął Aladyn zdumiony. – Za srebrnego talara to moglibyśmy żyć z matką w dostatku cały miesiąc – pomyślał.
– A co miałbym robić? – zapytał z przejęciem.
– Nic wielkiego – skłamał czarodziej, ale Aladyn był tak przejęty srebrną monetą, że nie wyczuł nieszczerego tonu w głosie nieznajomego.
– Wystarczy, że wejdziesz do piwnicy i przyniesiesz mi starą lampę. Jestem już stary i bolą mnie plecy, nie mogę się schylać. Co innego ty! – doprawił swoje kłamstwo komplementem.
– Tak, jestem wysportowany – pochwalił się Aladyn.
– No to umowa stoi. Dokończ swoją robotę, a ja będę czekał na ciebie na rogu ulicy – uciął rozmowę starzec.
Aladyn w mig uwinął się z ciężarami, bo niosło go marzenie wielkiego zarobku. Wyobrażał sobie, jak ucieszy się matka, gdy pokaże jej srebrny talar. Marzył, że kupią sobie nowe ubrania, dużo smakołyków, może nowe garnki i lampę, bo stara się już zupełnie nie nadawała do użytku.
Nie minęła godzina i nieznajomy prowadził Aladyna przez wąskie i gorące ulice. Droga dłużyła się niemiłosiernie, bo upał, jak to zawsze w mieście, był nie do zniesienia.
Wreszcie stanęli przed niskim, piwnicznym wejściem. Starzec był bardzo zdenerwowany, ponaglał Aladyna i dawał mu ostatnie wskazówki.
– Wejdziesz do lochu i przyniesiesz mi tylko jedną rzecz, starą lampę – powiedział i popchnął chłopca w kierunku wejścia. Aladyn uchylił drzwiczki, skulił się i odważnie wskoczył do środka. Poczuł grunt pod nogami i dotykając ścian, bo nic w ciemności nie widział, szedł korytarzem. Głos nieznajomego słychać było bardzo wyraźnie, jak gdyby szedł on wraz z nim. – Teraz skręć w prawo i …
Nagle przed Aladynem rozświetliła się komnata. Chłopiec aż jęknął z przejęcia: na wielkich ławach leżały skarby: klejnoty, pierścienie z szafirami i onyksami, złote monety, naczynia wysadzane kolorowymi szlachetnymi kamieniami… Głos starca jednak wciąż dźwięczał mu przy uchu, jakby ten był tuż za nim.
– Chcę tylko lampę, pamiętaj, starą lampę. Leży pewnie gdzieś pod ławą… szukaj prędko i daj mi ją, daj mi ją od razu! – nie umiał już powstrzymać emocji i krzyczał ze złością na Aladyna. Rzeczywiście, stara lampa oliwna leżała zakurzona pod ławą. Aladyn sięgnął po nią, a ta zadrżała, jakby była żywą istotą, a nie zwykłym kagankiem.
– Podaj mi lampę, natychmiast – szeptał mu wprost do ucha głos. I Aladyn zobaczył wielką, ciemną dłoń starca tuż przy swoim nosie.
– Jak to jest, że go słyszę, a on jest na zewnątrz? – zastanowił się chłopiec. Prawdę mówiąc, to była pierwsza rozsądna myśl, która mu przeszła przez głowę tego dnia. – Jak to jest, że czarodziej – tego już chłopiec był pewien, że to czarodziej – ma takie długie łapska, że sięga nimi aż do piwnicy?
Odruchowo odsunął się, by długie pazury czarodzieja nie wbiły mu się w oko. Czarna łapa szukała w powietrzu upragnionego skarbu. A że czarodziej był w wielkich emocjach, szukał na oślep, to rubinowy pierścień zsunął mu się z palucha. Aladyn podniósł go z ziemi i bezszelestnie wsunął do kieszeni. Chciał mieć coś w zamian w sytuacji, gdyby oszust nie chciał go puścić na wolność. Mag z rosnącą wściekłością wrzeszczał na chłopca.
– Jak nie dasz mi lampy, to popamiętasz! – zagroził.
– Już idę, tylko podaj mi rękę! Jak mam się stąd wydostać, skoro nie ma drabiny. Wskoczyć było łatwo, ale teraz…
– Jeszcze czego, głupcze! Nigdy już stamtąd nie wyjdziesz – warknął mag. – Dawaj lampę i zgiń!
Wtedy Aladyn nasunął na palec pierścień czarodzieja. A że był nieco za duży, przekręcił się nieznacznie na jego palcu i nagle… w smudze światła, która nagle rozświetliła się jarzącym płomieniem, pojawił się dżin – Duch Pierścienia.
– Co rozkażesz, panie? – zapytał.
– Chcę, chcę… do domu, do mamy – wyszeptał, bo to, co go dzisiaj spotkało, było ponad jego siły.
I w mgnieniu oka znalazł się w swoim pokoju.
– Jak dobrze, że jesteś! – krzyknęła mama i przytuliła go do serca. – Całe popołudnie szukałam cię na targu, a potem po uliczkach miasta. Mówili, że poszedłeś za jakimś rozbójnikiem czy oszustem…Tak się martwiłam!
– To było nierozważne, przyznaję. Poszedłem za nieznajomym… Ale spójrz… – i Aladyn pokazał jej pierścień z rubinem. Starą lampę odłożył na stół, by mieć wolne ręce. Mama wzięła ją jednak do ręki, potarła lekko, bo była mocno zakurzona. I nagle w słabym świetle lampy, która rozjarzyła się lekko, ukazał się dżin.
– Co rozkażesz, pani? – zwrócił się tym razem do matki Aladyna.
– Dzień dobry – ukłoniła się mama zdumiona tak bardzo, że o mało nie wypuściła lampy. – Jak mogę cię ugościć w moich skromnych progach? – zapytała grzecznie, bo nic innego nie przychodziło jej do głowy. Dżin wybałuszył oczy na kobietę. Nikt nigdy nie potraktował go tak miło, nie chciał od razu, by spełniał cudaczne, czasem głupie, czasem mroczne prośby. Przechodził z rąk do rąk – od jednego czarodzieja do drugiego – i każdy z nich miał dla niego tylko coraz bardziej szalone rozkazy.
– Napiłbym się herbatki – odrzekł i skłonił się nisko.
– A jaką lubisz najbardziej – zapytała kobieta.
– Z kardamonem – powiedział wzruszony.
W powietrzu roztoczył się zapach cytryny i żywicy sosnowej. Dżin wciągnął powietrze.
– Kardamon… Jak pięknie pachnie… – rzekł i posmakował z czarki łyczek napoju. – Boskie… – mruknął.
Gdy już wychylił całą czarkę, zaczął swoją opowieść.
– Byłem sługą potężnego władcy z Magrebu, a że był on pełen pychy i bezmyślności, dużo wycierpiałem spełniając jego życzenia. W końcu sprzedał mnie staremu czarnoksiężnikowi, a ten z kolei następnemu… I tak od wieków jestem więźniem tej oto lampy. Mogę spełniać życzenia tych, którzy stają się jej właścicielami. Co mogę dla was, moi mili, zrobić?
O tej chwili Aladyn i matka opływali w dostatki. Mieszkali w nowym, pięknym domu, jedli same smakołyki, ale nie zapominali też o innych: pomagali ubogim, brali pod dach zwierzęta i obdarowali rodzinę tym, czego jej brakowało. Żyli uczciwie i w spokoju, szanując się wzajemnie i kochając.
– Nie musisz być więźniem lampy – powiedziała do dżina matka Aladyna. – Każda boża istota powinna być wolna. Ale bardzo by nam ciebie brakowało, bo stałeś się członkiem naszej rodziny….
I oto dżin został wolnym duchem. Jednak nie opuścił swoich przyjaciół.
Pewnego dnia Aladyn szedł ulicami miasta. Nagle na głowę spadła mu kropla wody. Spojrzał w górę i na kamiennym balkonie, ozdobionym mozaikami, zobaczył piękną dziewczynę. Była to Salima, córka sułtana. Miała duże, ciemne oczy, piękne włosy, smukłą sylwetkę. Aladyn zakochał się od pierwszego wejrzenia. A i ona zdradziła się w uczuciem – zawstydziła się i schowała za zasłoną, ale ukradkiem obserwowała przystojnego Aladyna. Nie był to już chłopiec, a młody, piękny mężczyzna.
Musisz wiedzieć, że kobiety na Dalekim Wschodzie nie chodziły same po ulicach. Wiedziały jednak o wszystkim, co się dzieje w mieście, a to za sprawą niezwykłego balkoniku, który nazywa się maszrabija. To taki zabudowany tarasik, z misternie rzeźbioną kratką. Odpoczywały w cieniu maszrabiji, nie będąc przez nikogo widziane, ale widząc i słysząc wszystko. Na tarasie było chłodniej, bo często stało na nim gliniane naczynie z wodą, która dzięki przeciągom stawała się przyjemnie chłodna. Salima ukryta na tarasie przypatrywała się Aladynowi. – Jakże piękny mężczyzna! Ma oczy jak migdały, muskularne ramiona, piękny profil. Chłopiec zatrzymał się, by usłyszeć opowieść rawicha, gawędziarza, którego baśni tak lubiła słuchać Salima. Widziała wszystko ze swojego sekretnego balkonu.
– Będziemy teraz razem słuchać baśni: ja tutaj, a on – na ulicy… -rozmarzyła się.
Gdy Aladyn wrócił do domu, cały czas myślał, co zrobić, by Salima została jego żoną. Był prostym człowiekiem, a sułtan, jej ojciec, gardził prostymi ludźmi. Nie pomagał im, wywyższał się, a na mieście mówiono, że dla służby potrafi być okrutny.
– Co mam robić, dżinie – spytał ducha lampy. – Co mi radzisz?
– Oj, to nie jest trudne – odpowiedział dżin. – Sułtan jest chciwy i głupi. Wystarczy tylko trochę złota, by go przekonać. Gorzej z Salimą – dodał. – Do miłości nie da się przymusić, a jeśli użyje się czarów, to one działają tylko na chwilę. Potem czar pryska i …
– Nie bój się o Salimę! Chyba wpadłem jej w oko! – powiedział z uczuciem Aladyn.
Jednak sułtan miał swoje wymagania. Nie ograniczył się do złota, ale chcąc ośmieszyć młodego chłopca, zażądał czterdziestu niewolników, którzy będą nieśli czterdzieści skrzyń ze złotem. Skarb mają pilnować dobrze uzbrojeni wojownicy, a tych ma być… czterdziestu, ma się rozumieć.
Jakże było jego zdziwienie, gdy przed pałacem władcy stanął wspomniany orszak. Sułtan wybiegł przed bramę i z niedowierzaniem zaczął liczyć niewolników, żołnierzy, uchylać wieka skrzyń… W jego oczach iskrzyła się chciwość i migały złote monety. Zapomniał o żonie, która z niepokojem trzymała swoją córkę Salimę za rękę.
Ta jednak wyrwała się matce i stanęła z radosnym uśmiechem przed Aladynem. Chłopiec ukłonił się nisko i wyznał jej swoją miłość. Matka Salimy jednak nie była taka skora, by oddać córkę nieznajomemu młodzieńcowi.
– Gdzie mieszkasz, bogaty panie? – zapytała. – Chcielibyśmy poznać twoją rodzinę…
Aladyn przeląkł się bardzo. Ich piękny dom nie był nawet w połowie tak niezwykły, jak pałac sułtana. On i jego matka żyli wygodnie, nie zależało im na wspaniałościach, przepychu i wielu komnatach, po których i tak nie miałby kto chodzić.
Jednak dżin wiedział, co robić. Gdy rodzina sułtana podeszła pod dom Aladyna, wszystko już było gotowe: dom wydawał się niezwykłym zamkiem, otoczonym ogrodami z mnóstwem fontann, egzotycznych kwiatów i altan, która dają schronienie przed upałem.
Rodzice Salimy byli zachwyceni, że córka wychodzi za mąż za tak bogatego i znamienitego człowieka. I wydawało się, że odtąd już wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie.
Aladyn nie zwierzył się żonie z tajemnicy, którą skrywał głęboko w sercu. Może dlatego, że wstydził się, że zdobył żonę za pomocą czarów dżina, a może dlatego, że szybko przyzwyczaił się do bogactwa. Tak to już na świecie jest, że wszystko, co dobre, wydaje nam się oczywiste, dopóki tego nie stracimy.
I nadszedł dzień, kiedy Salima drzemała w jednej z ogrodowych altanek. Uciekła tam przed upałem, a woń kwiatów i owoców uśpiła ją. Zbudził ją jednak głos:
– Stare lampy wymieniam na nowe, stare lampy wymieniam…
Chcąc zrobić niespodziankę mężowi, wzięła starą lampę, która stała na stoliku przy łóżku.
Stary handlarz szybką ją wziął, ukrył za pazuchą i w zamian dał Salimie nową… Zniknął tak szybko, że kobiecie wydało się, że rozpłynął się w powietrzu.
Wraz z nim wszystko zniknęło: dom, ogrody, tarasy i piękne stroje. Salima stała na środku starej chaty i rozglądała się ze zdumieniem. Aladyn stanął w milczeniu obok niej.
Teraz opowiedział żonie wszystko, otwarcie i szczerze. Ona przytuliła go, ucałowała i powiedziała:
– Kocham cię, Aladynie, najbardziej na świecie. Wyszłam za ciebie nie dla bogactw, a ze szczerej miłości. Czy mieszkamy w tej oto chacie, czy w pałacu, nie ma dla mnie znaczenia, dopóki jesteśmy razem.
Łzy pociekły Aladynowi ze wzruszenia. – Jaką mam dobrą żonę – pomyślał z czułością.
– Ale tak się ta historia nie skończy. Stary czarnoksiężnik nikogo już nie oszuka. Obiecuję! – wykrzyknął Aladyn. Przekręcił rubinowy pierścień, który wciąż nosił na palcu.
– Zabierz mnie tam, gdzie jest czarodziej – powiedział życzenie do dżina pierścienia, który w jednej chwili zmaterializował się przed nim.
I zaraz znalazł się w swoim własnym pałacu, który ukradł mag. Okazało się, że przeniósł go na środek pustyni. Aladyn gorączkowo zaczął szukać po pokojach starej lampy. – Gdzie mógł ją schować? – pytał sam siebie. – Ja trzymałem ją przy łóżku… Gdy wszedł do sypialni, starzec chrapał głośno w łóżku Aladyna i przewracał się z boku na bok. Jeden rzut oka wystarczył. Lampa stała na nocnym stoliku – stara, niepozorna lampa. Aladyn potarł ją i dżin lampy ukazał się w jej bladym świetle.
– Witaj, Aladynie – wyszeptał. – Cieszę się, że widzę cię ponownie. Czarnoksiężnik zabiera mi resztki mocy, jego rozkazy sprawiają, że nie mam już sił… Czemu mnie oddałeś w obce ręce, przyjacielu? – powiedział z wyrzutem.
Aladyn opowiedział o podstępie czarodzieja, który przebrany za handlarza wyłudził od Salimy lampę, w której spał dżin.
– Mam więc taki pomysł– rzekł duch. – Zakujemy w łańcuchy starego maga i wyślemy go, gdzie pieprz rośnie, jeszcze dalej, na pustynię. Nikt tam go nie znajdzie, a on będzie spał i spał… Resztkami sił dżin wysłał czarodzieja na pustkowie. Nie miał już tyle mocy w spełnianiu życzeń, bo rozkazy czarownika wyczerpały jego siłę. Odpoczywali teraz razem z Aladynem. Musieli przecież jakoś wrócić do miasta.
– Salima się pewnie martwi o nas, matka też – powiedział Aladyn.
– Muszę odpocząć jeszcze trochę. Czy możesz mi zaparzyć herbatkę z kardamonem? – poprosił dżin.
– Oczywiście, przyjacielu – odparł Aladyn i zrobiło mu się radośnie na sercu. Gdy odpoczęli, dżin przeniósł pałac z powrotem na ulice Bagdadu. Salina, która wraz z teściową, czekała na męża, gdy tylko go zobaczyła, rzuciła mu się na szyję.
– Kochany mój – wyszeptała tuląc się do niego. I odtąd żyli w spokoju, długo i szczęśliwie. Doczekali się dzieci, potem wnuków i prawnuków.
~
– Co to za lampa, dziadku? – zapytał kiedyś Adel, mały chłopiec. Siedział na perskim dywanie. Zabawa figurkami zwierząt znudziła się mu już trochę. Obok niego drzemał w fotelu jego dziadek, który miał na imię Aladyn. Babcia Salima piekła ciasteczka. Z kuchni dochodził wspaniały zapach miodu, wody różanej i orzechów.
– Tu mieszka mój przyjaciel – odpowiedział w roztargnieniu dziadek Aladyn.
– W lampie? – dopytał się rzeczowo chłopczyk.
– Oczywiście, kochanie – odpowiedziała babcia Salima wchodząc do pokoju z dzbankiem herbaty z kardamonem i talerzem przepysznych ciasteczek.
Podeszła do lampy i potarła ją rękawem.
– Chciałabym ci kogoś przedstawić, drogi przyjacielu… – powiedziała. I nagle w nikłym świetle lampy, pojawił się…
Pewnie już wiesz, kto!
Autorka tekstu: Katarzyna Bocian