Jaś i Małgosia – bajka do czytania dla dzieci
Dawno, dawno temu, w małej chatce pośrodku wielkiego lasu, mieszkał drwal z dwojgiem dzieci – Jasiem i Małgosią. Był wdowcem. Smutno mu było żyć samemu, dlatego ożenił się powtórnie. Jednak nowa żona nie była dobrą kobietą. Dla dzieci była surowa, zimna i wszystkiego im zabraniała. Drwal, by spełniać wszystkie jej życzenia, pracował od świtu do zmroku, a ona – przebywając z dziećmi cały dzień sam na sam – była wobec nich złośliwa i niemiła. Rodzeństwo nie chciało martwić ojca, więc nic mu o tym nie mówiło. A szkoda, bo gdyby dzieci otwarcie powiedziały, jaka jest macocha, może wszystko potoczyłoby się inaczej?
Pewnego dnia, gdy drwal wyszedł do pracy, macocha kazała dzieciom ugotować obiad i zanieść ojcu. Nie zrobiła tego z dobrego serca, wprost przeciwnie, chciała, aby dzieci zgubiły drogę w lesie i nie wróciły do domu. Polana, na której drwal ścinał wielkie sosny, była bardzo oddalona od domu. Kobieta była pewna, że w ten sposób pozbędzie się Jasia i Małgosi na zawsze. Chciała mieć wszystko dla siebie, a nie dzielić się z nimi tym, na co zapracował ich ojciec.
Jaś i Małgosia posłusznie wzięły kosz z obiadem i wyruszyły w las. Obawiały się, że zgubią drogę, ale nie miały wyjścia. Nie było się komu poskarżyć, a sprzeciwić się nie odważyły. Jaś jednak wpadł na pewien pomysł.
– Małgosiu, nie martw się, że zgubimy drogę. Uzbierałem woreczek białych kamyków. Zaznaczę nimi ścieżkę. Zawsze będziemy mogli wrócić po niej do naszego domu.
Szli i szli, a że ich małe nóżki nie mogły ujść tak daleko, jak silne nogi drwala, ustały w drodze. Zmęczone usnęły obok leśnej ścieżki i tam je zastał ojciec. Zdumiony był bardzo, co też jego małe dzieci robią same w środku lasu. Nie narzekał jednak na żonę przy nich. Wziął Małgosię na ręce, objął Jasia i tak wrócili do domu. Rodzeństwo utulone przez ojca, zmęczone drogą ponad siły, zasnęło od razu, nawet nie jedząc kolacji. Nie słyszało więc kłótni drwala z żoną. Ojciec robił jej wyrzuty, że ryzykowała życiem dzieci. Ta jednak, bez cienia wyrzutów sumienia, powiedziała, że wszyscy muszą pracować, a ona sama obcymi dla niej dziećmi zajmować się nie będzie.
Następnego dnia o świcie drwal znowu wyszedł do pracy, a macocha ponownie wysłała Jasia i Małgosię w las z obiadem dla ojca. Tego dnia padał deszcz i zanosiło się na burzę. Przestraszone dzieci szły drogą, a że kamyków już nie miały, zaznaczały drogę okruszynami chleba, który macocha włożyła do koszyka. Jednak nie tylko dzieci były głodne. Małe ptaszki wyjadły okruszki i dzieci spojrzawszy za siebie, ze zgrozą zobaczyły, że zgubiły drogę.
Nocna burza
Burza rozszalała się na dobre. Deszcz padał nieustannie. Dzieci przytulone do siebie siedziały pod wielkim dębem i czekały, aż się wypada. Ale deszcz nie ustawał. Zmarznięte i głodne zasnęły. Gdy się obudziły, była już noc. Las wyglądał zupełnie inaczej niż za dnia. Nie było jednak zupełnie ciemno. Srebrny księżyc oświetlał wąską ścieżkę i buzie dzieci.
Wszystko wyglądało inaczej niż w dzień: stare pnie drzew przypominały teraz tajemnicze olbrzymie stworzenia, a niskie krzaki wyglądały jak skulone zwierzątka, które zastygły w bezruchu. Las ma swój własny język: mówi szepcząc wiatrem, gdy porusza on gałęziami drzew, szumi głosem strumieni. Zwierzęta nocne, jak sowy, puchacze, borsuki, jeże, komunikują się ze sobą: huhu – huczą sowy, a ich mowa przypomina trochę echo. Jeże tupią i posapują: fuk-fuk-fuk, bo męczą się szukając pod liśćmi pożywienia i gdy znajdą smakowity kąsek, informują się nawzajem o tym. Wtedy nie słychać już jednego tup -tup…tylko cała rodzina biegnie na kolację. Dziki chrumkają i ryją ziemię, a że niezbyt grzecznie zachowują się przy posiłku, słychać tylko mlask-mlask, gdy jedzą ulubiony ich przysmak – żołędzie.
Dzieci przytulone do siebie nadsłuchiwały odgłosów lasu. Jednak gdy minął pierwszy lęk, zaczęły rozpoznawać w leśnej muzyce znajome nutki.
– To chyba jeże – szepnął Jaś.
– Tak, a tamto ciri – ciri to świerszcze, prawda? – chciała się upewnić Małgosia.
– Tak! – potwierdził brat.
– Musimy iść przed siebie – dodał. – Marsz nas rozgrzeje! Czuję, że masz zimne dłonie, Małgosiu – Jaś wziął siostrę za rękę i poszli przed siebie wąską ścieżką.
Jeśli byłeś kiedyś w lesie, to z pewnością wiesz, że las pachnie inaczej, niż dom. Jest w nim wilgotno i właśnie w wilgoci, w kropelkach wody, wiążą się zapachy drzew, krzewów, paproci, leśnych kwiatów. Lecz wśród tych zapachów lasu dzieci odnalazły jeszcze jeden…
– Czujesz, Jasiu? To chyba zapach pierniczków… -powiedziała Małgosia.
– A skąd pierniki w lesie? – z głodu nam się chyba w głowie miesza – odpowiedział, ale mocno pociągnął nosem. I rzeczywiście, z każdym krokiem zapach piernika, czekolady i pysznego truskawkowego ciasta, był coraz bardziej intensywny.
Chatka na kurzej stopce
Dzieci przyspieszyły kroku. Nagle zobaczyły z oddali wątłe światełko, a potem domek.
– Jesteśmy uratowani! Pewnie nam pozwolą przenocować. A rano z łatwością znajdziemy drogę do domu. Tata się pewnie niepokoi o nas! – powiedział Jaś.
Małgosia poczuła w sercu ukłucie. Coś jej mówiło, żeby nie iść do obcych ludzi.
– Jasiu… – zaczęła nieśmiało, ale brat pociągnął ją za rękę i nim zdążyła powiedzieć cokolwiek, zastukał w drewniane drzwi.
W drzwiach stanęła stara kobieta. Jej twarz przypominała uschnięte jabłko, którego skórka pomarszczyła się od słońca. Na ostro zakończonym nosie nosiła okulary, a że zsuwały się jej raz po raz, poprawiała je szponiastym palcem. Miała siwe włosy, które upięte w kok mogły służyć za gniazdo wielu leśnym stworzeniom. Spod szerokiej spódnicy, połatanej chyba ze sto razy, wyszedł dostojnym krokiem czarny kot, miauknął i uderzył Małgosię ogonem.
– Nie lubię cię – pomyślała dziewczynka, ale nie odważyła się powiedzieć nic na głos. Pierwsza odezwała się kobieta.
– Co was tu sprowadza, moje małe pierniczki? – rzekła do dzieci chrapliwym głosem. Małgosi przywiódł na myśl skrzypiące gałęzie uschłych drzew. Janek wywiązał się z roli starszego brata i odpowiedział pierwszy.
– Zgubiliśmy się w lesie, proszę pani. Nieśliśmy ojcu obiad. Ciężko pracuje przy wyrębie lasu i …
– I nikt was nie szuka? – zadziwiła się starucha, a Małgosi się wydało, że uśmiecha się przy tym z ironią.
– Szuka – odważyła się odpowiedzieć Małgosia, której nie podobała się cała ta sytuacja. – Z pewnością ojciec nas szuka! I już zbierała się do wyjścia, gdy kobieta szybko i zręcznie zamknęła za nimi drzwi, popchnęła do stołu i postawiła na nim dwie miseczki gorącej zupy.
– Z pewnością jesteście głodni, jedzcie – powiedziała.
Reszta wieczoru upłynęła już bez pytań. Staruszka przygotowała im ciepłe koce i poduchy, podała kakao – jak powiedziała – na dobry sen. Dzieci rozgrzane jedzeniem, zmęczone całodziennym marszem, przykryły się kocem i zasnęły.
W świetle poranka dom wyglądał zupełnie inaczej niż nocą. Był pełen suszących się ziół, słoiczków z konfiturami, miksturami, syropami. Czarny kot spał na stole, a kobieta wielką łopatą wkładała do rozgrzanego pieca wielkie bochny chleba. W osobnych formach dopiekały się pierniki tak duże jak dłonie dorosłego człowieka.
– Trzeba odpracować to, co zjedliście – powiedziała bez ogródek do dzieci. – Chłopcze, porąbiesz drwa na opał, a ty mała – zwróciła się niegrzecznie do Małgosi – umyjesz podłogi w całej chacie. Jeśli się nie uwiniecie do południa, to nie dostaniecie obiadu! – pogroziła na koniec.
Dzieci pracowały w pocie czoła cały dzień. Ale starucha wynajdowała wciąż nowe prace, wciąż inne obowiązki. Tak minął dzień, drugi i trzeci… Jednego nie można było jej zarzucić: dzieci jadły wspaniałe posiłki: puszyste pajdy chleba, ciasta, pierniki, karmelowe zawijasy, makowce i serniki. Ale ileż można jeść słodyczy? Ze sprawnego i gibkiego chłopca Jaś stał się zmęczony, poruszał się wolno i ospale. Małgosia ledwo mogła złapać tchu, gdy sprzątała chatę.
– To chyba jest czarownica – szepnęła któregoś dnia do brata. – Patrz, co z nami zrobiła! Wciąż musimy odpracowywać to, co jemy. I wciąż jej mało.
– Próbowałem zobaczyć, jak tu można uciec – powiedział Jaś. – I wiesz, co? W domu słychać każdy nasz krok, spójrz – nie jest z drewna, tylko z…
– Piernika … – dokończyła przerażona Małgosia dotknąwszy ściany. – Nie zwróciła wcześniej na to uwagi.
– I stoi na … nie uwierzysz – kurzej łapie! Ogromnej kurzej stopie! – dodał brat. -Widziałem, jak rąbałem drwa na opał.
– Obrzydliwa, zła baba Jaga! – zdążyła szepnąć Małgosia, bo czarownica właśnie weszła do chaty i zaczęła się im przyglądać.
– A o czym to moje pierniczki dyskutują? – zainteresowała się.
– Co by tu jeszcze można było pani pomóc – szybko odparowała Małgosia.
– Jeśli takie miłe dzieci, to należy się ciasteczko – czarownica podeszła do dzieci i bacznie zaczęła się im przyglądać.
– Oj, pokaż paluszek – powiedziała do Jasia. Już nie jesteś taki chudy, jak dawniej – dodała i mlasnęła językiem jakby chciała zjeść go w całości.
Jak dzieci pokonały złą czarownicę
Wtedy Małgosia w mig zrozumiała, co zamierza baba Jaga: chce ich upiec w piecu i zjeść jak pierniki! Jednak nie dała nic po sobie poznać. Wstąpił w nią bojowy duch.
– Ja ci tu zaraz dam, ty wstrętna ropucho – pomyślała dziewczynka. – Oj, jakie tu zaraz upieczemy ciacho! – i jak gdyby nigdy nic, wzięła się do sprzątania i energicznie wywijała miotłą. – I ciebie też sprzątnę, ty wstrętna czarownico! – szepnęła do siebie. Kot chyba usłyszał jej groźby, schował się pod ławą przelękniony, że i jego miotła wymiecie z kąta.
Gdy wszyscy wieczorem usiedli do kolacji, baba Jaga rozgadała się jak nigdy wcześniej. Udawała miłą i żartowała, że jej małe pierniczki, jak nazywała Jasia i Małgosię, urosły już jak drożdżowe ciasto i już czas upiec je na złoto. Małgosia wiedziała, że to nie żarty i że trzeba działać. Gdy posiłek dobiegł końca, zła wiedźma kazała usiąść Jasiowi na łopacie. Udawała, że się śmieje, a że źli ludzie nie potrafią śmiać się szczerze – dzieci wyczuły podstęp od razu.
– Oj, ja pierwsza, ja pierwsza – zaczęła Małgosia i udawała, że siada na łopacie i spada z niej.
– Nie umiem usiąść, mateczko – przymilała się do czarownicy. – Musisz nam pokazać, jak się to robi – powiedziała do baby Jagi.
– Ano tak – czarownica wskoczyła zniecierpliwiona na łopatę. I wtedy dzieci wsunęły ją do pieca. Światło rozbłysło zielonym, nienaturalnym płomieniem, dał się słyszeć syk węża i wszystko zgasło. Zniknęła chata z piernika, zioła, mikstury i tajemnicze zwoje ksiąg. Na pustej polanie siedział tylko osłupiały czarny kot i mruczał ze złością uderzając ogonem w starą skrzynię, na której przycupnął.
– Psik… kocurze! – powiedziała Małgosia, która zawsze z nim miała na pieńku. – Uciekaj stąd! – krzyknęła.
Gdy kocur czmychnął w las, dzieci podeszły do skrzyni. Gdy ją otworzyły, blask klejnotów oświetlił ich twarze.
– Patrz, ile złota! – wyszeptał Jaś.
– Wracamy do domu – powiedziała Małgosia. – Ale uważajmy, Jasiu – dodała. – Nasza macocha to też taka czarownica! Ale nigdy już się nie dam jej zaczarować i nie będę jej słuchać. Pewnie będzie chciała nam zabrać nasz skarb! Damy go jednak tylko naszemu ojcu, dobrze? Jaś zgodził się.
W świetle słonecznego dnia las wydał im się piękny. Nieśli w sercach wielką radość, odwagę i nadzieję, że teraz już wszystko potoczy się dobrze. Idąc przypominali sobie złą czarownicę, jej dziwnego kota, a także domek z piernika na kurzej stopce. Byli dumni ze swojego sprytu, przenikliwości i mężnego serca, które pozwoliło im pokonać babę Jagę. Szli długo, odpoczywali na polanach, jedli jagody i pili z leśnych źródeł. Słodycze czarownicy już im się dawno przejadły.
Gdy słońce zniżyło się już tak bardzo, że rzucało złote cienie – może dlatego tę porę dnia nazywają złotą godziną – na ścieżce zobaczyli swojego ojca, który wyglądał na bardzo zmęczonego.
-Moje ukochane dzieci! – krzyknął ze łzami w oczach. – Ocalone!
Całe dnie i noce was szukałem po tych odmętach leśnych… Traciłem już nadzieję, że kiedykolwiek was zobaczę i przytulę do serca! Opuściłem dom i przez wiele dni błądziłem po lesie, by znaleźć najmniejszy ślad, który wskaże mi drogę do was! Moi kochani, moi najdrożsi! – łzy płynęły mu po policzkach.
I tak Jaś, Małgosia i ich tata wrócili razem do domu. Macocha nie czekała na nich. Widząc, że jej mąż wyruszył w świat w poszukiwaniu dzieci, znudzona czekaniem, po prostu zniknęła. Pewnie poszła sobie w poszukiwaniu szczęścia gdzie indziej. Został po niej tylko … czarny kocur, który – jak tylko Małgosia weszła do chaty, uderzył ją lekko ogonem, niby na powitanie.
Autorka bajki: Katarzyna Bocian
Ilustracja: Małgorzata Bocian